Ostatnio piszę dużo, może nawet za dużo, ale przecież nie ma jakiejś granicy. A może jest? Gdy skończyłam 153 strony magisterki, stwierdziłam, że w zasadzie pisanie to moja pasja. Przez wakacje pisałam o wszystkim i to dosłownie. Teraz żaden, nawet najdziwniejszy temat nie jest mi straszny. Oczywiście pisanie to moja praca, ale nawet jak już wszystko skończę pisać, to czuję niedosyt. Mam wrażenie, że mogę pisać jeszcze i jeszcze. Tak to jest powód, dla którego założyłam tego bloga. Internet jest przepełniony tego typu stronami, ale przecież jeszcze jedna nie zaszkodzi i w zasadzie nikt nie musi tego czytać, prawda? Dla mnie jest to terapia, bo świat jest tak pokręcony i pędzi jak szalony, że aż trudno ogarnąć pewne wydarzenia w życiu. Może za rok, dziesięć lub 50, siądę przed przezroczystym ekranem i będę czytała te wypociny, śmiejąc się z tego, jakie rzeczy mnie zachwycały, irytowały lub inspirowały.
Dziś będzie o "granicach". Mój dzisiejszy dzień, a raczej kilka chwil spędzonych w murach mojej uczelni, sprawiły, że poczułam się stara. Fakt, ćwierćwiecze, to żadna tragedia, ale gdy siedzisz na korytarzu pełnym ludzi, których pesel zaczyna się od cyferek: 95, zaczynasz zastanawiać się: co ja tutaj robię? Czy mając 25 lat powinnam jeszcze studiować, a może to najlepszy momenty, aby ostatecznie opuścić uczelniane mury. Moim celem jest zdobycie wiedzy, ale może faktycznie należałoby zupełnie odciąć się od studiowania? Kolejne tytuły na obecnym rynku pracy nie mają znaczenia, ale na pewno poprawiają samoocenę. Chociaż nie ma granicy i wyznaczników, kiedy skończyć studia, bo nawet mając 70 lat można zacząć studia, to bycie wiecznym studentem też nie jest rozwiązaniem. Dziś po trzech miesiącach przerwy nie poczułam nic. No może poza niechęcią. Moim celem było jedynie: ułóż plan tak, aby nie kolidował z innymi zajęciami, pracą. Czy to znaczy, że się starzeję, a może zrobiłam się leniwa?
Ten wieczór spędzę przed kopmuterem i znowu będę pisać, powkurwiam się na świat, ponarzekam na różne pierdoły, może znajdę inspirację na jutrzejszy obiad, a może nie... Czyli jednak to nie zlenistwa. Może po prostu się wypaliłam? Muszę chyba wziąć witaminki, żeby być bardzej wyraźną, nafaszerować się czekoladą, żeby pojawił się uśmiech, a potem wejść na konto bankowe i poczuć inspirację:)
Wiem na pewno, że kolejny w tym roku dzień minął tak szybko, że nie zdążyłam się obejrzeć. W takich chwilach mam ochotę wrócić do podstawówki, gdy jesienią wracałam do domu o 14, odrabiałam pracę domową, wybiegałam na dwór, zjadałam miskę orzechów, jeździłam na rowerze, zjadałam obiad i dopiero była 17. Jak to jest możliwe, że teraz wracam do domu i nagle jest 23? Żyjemy za szybko - to wiem na pewno, ale na szczęście mam orzechy, więc na chwilę cofnę się wstecz:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz